David Fenech – Mountains of night

Jelodanti is happy to present Mountains Of Night, David Fenech’s third solo album, following Grand Huit (2000) and Polochon Battle (2007). Somewhere between musique concrète and pop, between sound poetry and industrial music, this new recording has been constructed as a musical piece that develops over time, forming a truly unique listening experience. Lasting 40 minutes, it is split into two movements, forming two well balanced sides on a vinyl record. Don’t miss it if you are into Jim O’Rourke, Mimir, H.N.A.S, Nurse with wound or Faust.

The composer himself considers this album to be his most personal to date, and the first in his discography that clearly echoes his personal life. Mountains of night” is an evocation of his lost childhood, with its troubles, traumas and search for a peaceful place. It slowly moves from a disturbed atmosphere to a more peaceful and harmonious one. A quest for paradise. The title was inspired by David’s son who said to him one day, as evening fell over the Alps near Grenoble… “Look! The mountains are full of night!” Like the frightening side of something beautiful, like a perfect blend of innocence and darkness.

We have the great privilege of offering you this album in “Art Edition” format, with a limited series of unique handmade covers by the famous French artist Muriel Rodolosse. Each artwork is distinct and different from the others, adding a perfect visual counterpoint to the music. These magnificent covers bring a little of their strange beauty and ever changing variety. Don’t miss the chance to have your pick!

Instruments : piano, electric guitar, percussion, snare drum, voice, electric bass, organ, sequencer, tape edits, field recordings, home made electronics, gamelan, sampler, flutes, shaker, bells, midi guitar, synthesizer.

Duration : 42 minutes
Tracklisting :

1. Blackburn (3’38”)
2. Dome (12’49”)
3. Alecto (4’36”)
4. Mountains of night (16’29”)
5. Rocheuse (4’46”)

 

 

Recorded and mixed by David Fenech at Studio du Chantier
Mastered by James Plotkin
Paintings by Muriel Rodolosse / Cover design by Jelodanti

“Regarde ! Les montagnes sont pleines de nuit !”, les mots du fils deviennent le nom du troisième disque * du père. Mon esprit tordu y a de suite trouvé un espace de bien-être. Dans ce nouvel LP sorti chez Jelodanti** David FENECH y laisse sentir sa nostalgie, son goût pour l’aventure et sa curiosité naturelle pour les musiques avant-gardistes. Dès l’intro, c’est Jim O’Rourke qui m’est venu en tête. Surtout dans la tessiture du son, se jouant de la nature et de l’expérimentation. On a ici affaire à une multitude de scénettes, de courts enregistrements de moments de vie, déclinaison de photos, de cut-up, de bruits extérieurs qui donnent le change à de plus longs espaces dans l’autre moitié du disque. Musique concrète, temps calme et des choses plus tourmentées (capharnaüm dans la basse-cour , chatons tout mielleux, etc…). Le rendu est très cinématographique. Les éléments s’étoffent, les plages s’allongent, on pourra aussi parfois penser à du WYATT dans ces chants délicats loin des coqs vociférants aux voix musclées de catadioptres envahissants. J’ai aussi beaucoup pensé à ces musiciens talentueux du genre KLIMPEREI / Pierre BASTIEN qui s’amusent avec tous leurs instruments bricolés qui aiment brouiller les pistes, de la pop éclopée à l’indus avant gardiste d’un NURSE WITH WOUND. Les influences sont multiples, vraiment, j’y entends Andy MOOR lorsqu’il joue avec Yannis KYRIAKIDES, du Morton FELDMAN sur le piano pesant. Oui, l’expérimentation est au cœur de sa pratique, allez juste parcourir le blog de David FENECH (cf ci dessous) et ses nombreuses découvertes pour vous en rendre compte. La guitare est toujours présente, elle berce le disque, c’est un moment de vie proposé, plutôt en mode calme et très réfléchi, les scènes apparaissent puis disparaissent, moi je m’y suis bien emmitouflé et je regarde rêveur passer le temps les yeux dans les étoiles et sentir la ville inquiète s’écorcher les lèvres dans des brouillards tordus et inquiétants.

Valery John Klebar – STNT (link)

Czasy się zmieniają i doszło do fantastycznego absurdu. Każdy, praktycznie każdy może nagrywać i publikować muzykę, jeżeli chodzi o dźwięk, własnymi siłami – kiedy chce i jak chce. No może jeszcze z małą pomocą streamingowych serwisów i gotowe. Mając w dupie nośniki fizyczne, nie musimy szukać tłoczni winyli, czy CD – cyfra zastępuje wszystko. Do tego dokładamy pierwszy piątek na bandcampie, który jest wolny od opłat, i wszystko gra i buczy. Doszło do tego, że raz w miesiącu otrzymujemy nową pozycję w dyskografii muzyków/grup. Paranoja, ekscytacja czy… niech każdy odpowie sam sobie w rozliczeniu własnego sumienia – sorki rozpędziłem się, nie jesteśmy przecież w kościele.

Na „szczęście”, dla utrzymania równowagi, są jeszcze twórcy, którzy pomimo długoletniego stażu utrzymają niski profili i od czasu do czasu uraczają nas małymi bombami dźwiękowymi, które długo jeszcze rezonują w naszych uszach i umyśle. Mountains of Night jest zaledwie trzecim, uwzględniając dwie wczesne taśmy i ponad dwudziestoletnią „karierę”, pełnogrającym krążkiem Davida Fenecha.

Poruszający się w rejonach szeroko pojmowanej awangardy muzycznej, pokrywa dosłownie wszystkie jej obszary i zakamarki. Wydaje się, że swoją zdolność do tworzenia wysokiej jakości dźwięku, jak na Mountains of Night zawdzięcza długoletniej i wielorakiej współpracy z innymi muzykami. Niemniej jednak od początku.

Całość, wydana na winylu i wszędobylskiej cyfrze, zabiera nas w personalną podróż, w przeszłość przywołującą wczesne lata dzieciństwa, dorastanie. Trzeba powiedzieć, że z okazji dziesiątych urodzin David otrzymał w prezencie gitarę i od tej pory muzyka, jej tworzenie zostały aktywne na zawsze w jego życiu – wliczając gitarę jako jeden z ulubionych instrumentów.

Już otwierający płytę Blackburn szybko zabiera nas w rejony dzieciństwa: bliknięcia, mignięcia syntezatora połączone z nieartykułowanymi odgłosami bobasa i fortepianowymi zagrywkami, odgłosami kąpieli w pełnej krasie z narastającą aurą niepewności, zagrywek musique concrète w rozrastającym się delayu – zamieniają się w dramatyczną scenę z okrzykami dorosłego z nutką wrzeszczących ptaków? Taki wstępniak. Ładnie się rozkręca, pasaże czystej lekko przesterowanej gitary, opowiadającej czy wspominającej.

David samodzielnie płytę nagrał i zmiksował, i to jest fascynująca jednoosobowa orkiestra, wystarczy poczytać o instrumentarium podczas słuchania. W prawie trzynastominutowym Dome jesteśmy już w dźwiękowej bajce, kalejdoskopie, który zmienia się od wspomnianej gitary z towarzyszeniem organ, wchłoniętym przez bębniące struny basowe z puszczonym dźwiękiem od tyłu. Czas się cofa, duet na dwa głosy w narastającym gwarze ludzkiej aktywności i gamelany w swojej wysokiej aktywności z nutką egzotyki – słychać kunszt i pracę, jaka została włożona, aby to nabrało kolorytu i dramaturgii; znajomość wyposażenia studyjnego na topie.

Tutaj powrócę na chwilkę do współpracy Davida z innymi muzykami, bo to powinno odsłonić kulisy jego majstersztyku. Za mało miejsca, aby rozwinąć temat, proponuję, o ile już nie znacie, posłuchać i rozkoszować jego trio z Jac Berrocal i Ghédalia Tazartès lub z Jac Berrocal, Vincent Epplay (trzy pozycje). Wywalone w kosmos kraut z Laurent Perrier, magiczny toy music z David Fenech & Klimperei, czy z zeszłego roku z Rhys Chathamem wyprawa w organiczny minimalizm. Po takich wojażach nie dziwi klasa Mountains of Night.

Kręcimy się dalej. Tytułowy utwór to rozgrzewka trybalnego bębnienia w jaskini z preparowana gitarą, której Jim O’Rourke nie powstydziłby się na swoich wcześniejszych płytach. Z oddali nadlatują bębniarze z marokańskich wzgórz by po chwili wskoczyć w strunowy duet z ponownie puszczonymi od tyłu perkusjonaliami. W towarzyszącym na stronie info polecono tę płytę wszystkim tym, co lubią Mimir, H.N.A.S., Nurse With Wound i coś w tym jest. Szczególnie najbliższe słyszę tu Mimir i ich drugą i trzecią pozycję, nie ma tu mowy o naśladowaniu, ale o podobny tok myślenia muzycznego, czy też realizacji od strony technicznej. Późniejszy ukochany przez Misia H.N.A.S. też tu przebija, jeżeli chodzi o wielowarstwowe nakładanie ścieżek o absurdalnie różniących się klimatach. Nasz autor jest również odpowiedzialny za powstanie soundtracków, czy instalacji, co odbija się pozytywnie w wykorzystaniu „elektroniki” na płycie, stanowi kontrast dla żywych instrumentów, tworząc podkłady, czy umożliwiając manipulację gotowych śladów.

Zagadałem się, a Moutains of Night trwa dalej serwując nam zacierające się synkopy w glitchowym ezoterycznym sosie. Zanikając zacierają wspomnienia, budząc nas w ostatniej osłonie Rocheuse, powolnym, roznegliżowanym świecie nad strumieniem. Punktujące pianino z wciśniętym pedałem delay w środku rozległej natury w niepewności o nadchodzące jutro. Szczerze polecam i słucham dalej, bo jeszcze drugie tyle zostało do odkrycia, niż napisałem.

Marek “Lokis” Nawrot – Anxious musick magazine, Jan 18 2024 (link)

Voilà bien deux semaines que l’album de David Fenech est sorti et je suis déjà incapable de vous dire combien de fois je l’ai écouté. David Fenech est guitariste (entre autres…) et a, en tant que tel, multiplié les collaborations, aussi éclectiques que prestigieuses, au fil des ans. Il nous propose ici un album solo (le précédent remonte à plus d’une décennie !) audacieux et envoutant, dans lequel le compositeur et multi-instrumentiste touche-à-tout nous emmène au plus profond d’un univers qu’il n’avait sans doute encore jamais à ce point dévoilé. Merise sur le râteau, les pochettes, toutes différentes, de l’édition vinyle, sont magnifiques !

Christian Taillemite

Brilliant album by the talented multi-instrumentist David Fenech. Somewhere between The Resident’s Eskimo and the best of Nurse With Wound, if you want to tag this album. But it’s something else, something personal. Also, great work by Jelodanti for the cover concept : 100 of the 200 copies comes with a unique painting by Muriel Rodolosse ! A piece of art for a normal-priced record !

Tom Val (link)

Dedans comme dehors, c’est un bijou. Magnifique album
Nico Guerrero